Nie masz poprawnie zainstalowanego odtwarzacza flash.
Zainstaluj ze strony http://www.macromedia.com/go/getflashplayer

panel+u%BFytkownika
Nie jesteś zalogowany !!!
Nie masz konta
Zarejestruj się »


wyszukaj+na+stronie


 



 

 

 

PARTNERZY



 


informacje+o+stronie
Liczba wizyt:
2 805 005

Ilość odsłon:
5 857 827

Ostatnia aktualizacja:
2016-03-03 08:35:08


0



Valid HTML 4.01 Transitional

Legendy Lanckorońskie

Legendy lanckorońskie zostały opowiedziane przez uczniów szkół podstawowych i gimnazjów z gminy oraz odnalezione w starych dokumentach i zapiskach. Dzieci i młodzież zbierały dawne historie i tajemnicze opowieści podczas rozmów z rodzicami i dziadkami. Dorośli pomogli te przekazywane przez pokolenia na pokolenie legendy spisać, a Kazimierz Wiśniak pięknieje zilustrował. I tak powstał prezentowany tu zbiór legend lanckorońskich.
 
Diabelski kamień

Na Górze Lanckorońskiej stało kiedyś zamczysko. Dzisiaj już tylko ruiny straszą niesamowitością legend i opowieści o mieszkańcach tych starych murów. Najbardziej niezwykłe podanie mówi o diable, który bronił się przed natrętnymi rozbójnikami. Grasowali oni w tym samym rewirze co on. Z tą różnicą, że diabeł czyhał na dusze, a rozbójnicy na kupców przewożących towary przez lanckorońskie lasy.
Diabeł miał już dosyć tej konkurencji i pewnego razu postanowił z tym skończyć. Zaczaił się za murem zamku i czekał na rywali, zacierając osmolone ręce i przebierając kopytami. Nagle usłyszał krzyki i śmiechy wesołych zbójników. Niczego nie przeczuwali. Nawet nie starali się być cicho, widocznie wyprzedzili kupców i szukali miejsca na zasadzkę. Przez Lanckoro-nę wiódł handlowy szlak, pewnym więc było, że łup będzie bogaty. Roziskrzone oczy diabła z nienawiścią śledziły jadących leśną ścieżką zbójów.
Gdy znaleźli się na wprost murów zamku, mściwy bies wbił się kopytami w rozmiękłą po deszczu ziemię. Kudłate, czarne ręce wsparł o olbrzymi głaz, który wyczarował z małego kamyczka i... z całą czartowską siłą go rozkołysał. Nie słyszeli zbójnicy chrzęstu łamanych gałęzi, rozgniatanych kamieni, gdyż głośno rozprawiali o łupach już zagrabionych. Sami podstępni, nie przypuszczali, że padną ofiarą podstępu. Rozpędzony wielki głaz nabierał szybkości.
Diabeł podskakiwał radośnie, widząc swych wrogów o krok od śmierci. Już zacierał ręce pewien, że dusze złych zbójów wpadną do jego kotła. - Oj, będą się smażyły duszyczki!
Niczym zapałki łamały się młode sosny i świerki pod ciężarem ogromnego głazu. Za późno zauważyli zbóje grożące im niebezpieczeństwo. Wrzasnęli... i nastała cisza. Nawet ptaki zamilkły. Potężny kamień zatrzymał się, stając się grobem rozbójników. Tylko diabeł mlasnął jęzorem, strzelił radośnie kopytami, ogonem zamachał i zniknął.
Kto lubi z ukochanym lub ukochaną spacerować alejami wokół Góry Lanc-korońskiej, niech zerknie w dół, gdy będzie na Alei Zakochanych na wysokości ruin zamku. W wąwozie po lewej stronie zobaczy olbrzymi głaz. Czas okrył go mchem zielonym, woda wyrzeźbiła dziwne znaki po bokach. Opowiedz temu, kogo trzymasz teraz za rękę, o diable i o rozbójnikach.
 
Legenda usłyszana od Mariana Michalskiego, długoletniego kościelnego w Lanckoronie. Opowiedziała ją Ola Bucka, uczennica gimnazjum w Lanckoronie

Legenda o karczmie

Było to lat temu 200, może 300, gdy przy "trakcie królewskim" biegnącym nagim wtedy zachodnim zboczem Góry Lanckorońskiej stała karczma. Schodzili się do niej mieszkańcy Lanckorony i okolicznych wiosek, by przy gorzałce i dźwiękach muzyki urządzać hulanki dobiałego rana, nawet w czasie Wielkiego Postu. Napomnienia księdza z ambony nie odnosiły żadnego skutku, aż pewnego dnia w Wielkim Tygodniu przechodził tamtędy starzec z długą siwą brodą, krucyfiksem na piersiach i kosturem w ręce. Krzyknął:
- Opamiętajcie się, Boga się nie boicie, modlić się wam trza, a nie pić i hulać!
Biesiadnicy wyśmiali przybysza, a cygańskiej orkiestrze kazali jeszcze skoczniej przygrywać, na co starzec gromkim głosem, podnosząc krucyfiks w jednej ręce, a kostur w drugiej, zawołał:
- W imię Boże ostatni raz was napominam, klęknijcie i módlcie się! Najświętsza Pani Kalwaryjska na was
patrzy. Nic to nie poskutkowało, tylko jeden z biesiadników uklęknął w progu karczmy.
- Więc hulajcie na wieki - powiedział na koniec i uderzył kosturem w ziemię, która się rozstąpiła i pochłonęła tak biesiadników, jak budynek. Został tylko próg z klęczącym i trzęsącym się ze strachu człowiekiem, który na czas usłuchał napomnień.
Starca nigdy już potem nie widziano, a bogobojny człek opowiedział wszystkim o tym wydarzeniu. Odtąd mieszkańcy Lanckorony znani byli w okolicy z wielkiej pobożności i surowości obyczajów oraz ścisłej moralności.
Powiadają, że nocami w miejscu, gdzie stała karczma, słychać czasami jakby odgłosy zabawy pomieszane z jękami, dlatego też gdy zapadnie zmrok, mało jest śmiałków, którzy nie lękają się tamtędy przechodzić.

Legenda opracowana na podstawie materiału zebranego przez Paulina Piwowar.
 
Legenda o czujnym jastrzębiu
Dawno, dawno temu, w słoneczny poranek książę Krak z garstką rycerzy wybrał się na polowanie. Dosiedli koni i wyjechali z grodu południową bramą ku Wiśle. Przeprawa brodem na drugi brzeg nie trwała długo, a dalej ruszyli przez pola, potoki, zagajniki, aż wreszcie dotarli do puszczy. W cieniu prastarych drzew konie zwolniły. Dopiero około południa jeźdźcy dotarli do rozległej, zalanej słońcem polany. Tutaj książę wydał rozkazy. Podzielił swoich towarzyszy na dwie grupy. Na czele pierwszej stanął on sam, a przywódcą drugiej grupy mianował serdecznego przyjaciela o imieniu Tomko. Tomko miał pozostać na polanie i wraz z przydzielonymi rycerzami zająć się rozbijaniem obozu.
W książęcej grupie byli sami najlepsi łowcy. Spięli konie i pocwałowali w puszczę. Na polanie Tomko i jego rycerze rozwinęli i ustawili namioty. Potem zebrali drewno na ognisko, a gdy wszystko już było gotowe, obmyli się w źródełku. Wtedy też powrócił książę z mnóstwem upolowanej zwierzyny. Były dwa jelenie, sarna, para dzików i dziesięć zajęcy.
Słońce chyliło się ku zachodowi, rozpalano więc ognisko, a wybrane na biesiadę zwierzęta przygotowano do pieczenia. Jak to zwykle przy ogniskach bywało, starsi zawodzili dawne pieśni, a młodzi słuchali, to znów młodzi śpiewali żywiołowe melodie, nieznane starszyźnie. Skakano przez płomienie, demonstrowano sztuki akrobatyczne. Jeden z rycerzy pokazywał, jak chodzi na rękach, a drugi na szczudłach, zrobionych naprędce z gałęzi. Bawiono się setnie. Z upieczonej sarny pozostały tylko kości. Uczta pod gołym niebem trwała do późnej nocy, aż rozochoconą młodzież upoiło świeże powietrze i zmorzył sen. Wszyscy legli w namiotach. Zapadła głęboka cisza...
O świcie zbudziły księcia niespokojne dźwięki. Rozchylił poły namiotu i spojrzał w jaśniejące niebo. Piskliwy, donośny głos dochodził z czubka sosny. Siedział tam jastrząb, sprawca porannej pobudki. Wśród drzew snuły się smugi dymu, a języki ognia tańczyły na leśnym igliwiu. Książę chwycił róg i zatrąbił sygnał zbliżającego się niebezpieczeństwa. Przebudzeni druhowie wyskoczyli z namiotów i widząc zagrożenie, jęli gasić pożar. Trwało to długo, bo stłumiony ogień po chwili buchał nowym płomieniem.
Gdy niebezpieczeństwo zostało zażegnane, książę Krak wezwał Tomka. Rozmowa odbyła się w cztery oczy. Mimo serdecznej przyjaźni padły gorzkie słowa krytyki, bo przecież Tomko był wyznaczony do opieki nad obozowiskiem. To Tomko powinien wygasić wszystkie ogniska i ostatni położyć się spać.
Minęła zima i nastała wiosna. Książę Krak znowu wezwał Tomka:
- Byłeś nieroztropny, ale poznałeś niebezpieczeństwo ognia i dzielnie gasiłeś pożar lasu. To nauczyło cię wiele, zdobyłeś doświadczenie! Postanowiłem ową polanę przekazać osiedleńcom. Drzewa wokół zostaną wycięte toporem lub wypalone, aby uzyskać ziemię pod uprawy i budownictwo osiedlowe. W podzięce za uratowane życie uczciłem czujnego ptaka, nadając tym terenom i nowej osadzie nazwę "Jastrzębia". A ty, Tomko, będziesz czuwał nad wyrębem i wypalaniem lasu!

Opracowali: Artur Gielata, Kazimierz Wiśniak
 
Opowieść o zniesieniu pańszczyzny
Lato owego pamiętnego roku było mokre. Deszcz siąpił bez przerwy. Częste burze z gradobiciem nękały biednych chłopów podobnie jak pańszczyzna, z której chłopi ze względu na ową pogodę nie mogli się sumiennie wywiązywać. Jesień też powitała rolników deszczem. Dopiero po niedzielnych modłach w intencji pogody, odśpiewaniu "Su-plikacji" przed wystawionym najświętszym sakramentem, od poniedziałku zaczęła się pogoda klarować tak, iż we środę było już pięknie. Kto żyw szedł na pańskie, aby swoją normę wykonać i później wziąć się za swoje.
Groblą od kościoła w kierunku Krakowa szedł wędrowiec. Dziwny wędrowiec. Cały w łachmanach, na kiju przewieszony miał worek. Ale jakoś tak dziwnie ten kij dzierżył, nie tak po dziadowsku, ale jakoś tak jak szpadę u boku. Na nogach miał chodaki, ale widać było, że w tych chodakach nieporadnie kroki stawiał. Twarz gładka, jasna, nie ogorzała od pracy na polu w czas żniwny. Szedł, szedł, rozglądał się, ale o nic nie pytał. Nagle zatrzymał się przed domem Migów. Migo był chłopem pańszczyźnianym, ale wśród całego chłopstwa wsi jednym z najlepszych. Dom świeżo słomą pokryty, w stajni koń, izba uprzątnięta i dzieci uśmiechnięte i pyzate har-cowały wokół paleniska, gdzie buzował spokojnie ogień nic sobie z ludzkiej biedy nie robiąc.
Wędrowiec wszedł do chaty Miga. Pochwalił Boga i bardzo niewyraźnie mówiąc, o pracę zaczął prosić: - Agdzies jo ci chłopce robotę dom, kiejo som ni zawse mom co do górka włożyć, a jesce jedna gemba do jedzyno. A poza tym przecie z ciebie hoj chuchrok, co ty to dos rady robić - odrzekł Migo. Ale wędrowiec nie przestawał w zapewnieniach, że wszystko robić potrafi, że gospodarz nie pożałuje, a jeść to on niewiele potrzebuje. Tak, że Midze serce zmiękło wobec takiej prośby i powie-dział krótko: -No...dobre, zobaczymy. Pamiętaj, rano skoro świt kłonią ubrać, bedeme gnój włozić w płole na pańskie. No...
Rano Migo wstał, a parobek śpi. Co prawda jeść wczoraj wieczerze nie jadł, no ale teraz za długo śpi, więc zaczął go budzić. A parobek ani myśli zbierać się do roboty. Zaniepokoił się Migo, że słońce już dobrze na niebie świeci, a oni jeszcze nie na pańskim. Bał się, że za spóźnienie będą razy. Będzie tak jak zawsze, za spóźnienie 25 kijów. A po tym do roboty. Do roboty po tym jak nie można ustać na nogach, jak po kijach uwiera koszula na plecach, jak nie można powietrza nabrać w płuca... Strach paraliżował Migę. Jadąc na wozie wraz z parobkiem do dworu, cały czas biadolił: - A po cóż ja ciebie posłuchał, a po cóż mi ty był, cheba po to, żeby teroz kije brać. O Jezu... O Jezu...
Dojechali do dworu. Chłopi już ładowali gnój na fury, kiedy Migo podjechał. Ekonom zaraz to zauważył i od razu wskazał Midze "kozła" - miejsce do odbierania razów za najmniejsze przewinienia. Migo tylko zawołał: - O Jezu, o Boże, o rany Boskie -, ale parobek go powstrzymał: - Nie gospodarzu moja to wina była, to ja zaspałem, to przeze mnie! Migo odetchnął z ulgą. Parobek położył się na koźle. A ekonom razów nie żałował, aby młodego nauczyć jak w przyszłości pracować należy. Odebrał swoje razy i powoli zwlókł się z kozła. Nagle gwałtownym ruchem rozerwał łachmany na piersi.
Spod łachmanów ukazał się piękny mundur obwieszony medalami, których znaczenia zebrani chłopi nie rozumieli. - Patrz chamie kogoś bił - zwrócił się pobity do ekonoma. Midze oczy z orbit wychodzić zaczęły. Rozmyślał co to dalej będzie. Ekonom zbladł. - Jestem synem właściciela dóbr, arcyksięcia wiedeńskiego Rainera, a ty chamie myślałeś, że masz z bydłem a nie z ludźmi do czynienia. Nawet bydła nie wolno katować! Co wy robicie z tymi ludźmi, przecież oni żyją w gorszych warunkach niż bydło w dworskiej stajni. Prowadź do pana - padła krótka komenda.
Przerażony ekonom, skulony w pas zaprowadził młodzieńca do pana. Rozmowa była krótka: - Z dniem dzisiejszym zostaje zniesiona pańszczyzna w moich dobrach, proszę ogłosić wszem i wobec, że chłop jest wolny!
 
Radości nie było końca, a duma Miga, że to on przyczynił się do zniesienia pańszczyzny w Izdebniku była wielka i przetrwała pokolenia. Stąd ja znam tę opowieść.

 
Opracowała: Stanisława
Czwartek z Izdebnika, "Kurier
Lanckoroński", nr 24
 
Co kryją podziemia zamku w Lanckoronie
W 2. poł. XVIII w. staraniem założycieli konfederacji barskiej rząd Francji skierował do Polski dwóch pułkowników - specjalistów od fortyfikacji warowni (między innymi Dumouriez). Oficerowie przybyli do Lanckorony, gdzie kierowali pracami przy fortyfiko-waniu zamku, tworzeniu nowych stanowisk ogniowych budowy szańców i zasieków oraz koszar. Wraz z nimi przyjechał Polak, niejaki Pękała rodem ze Skawinek, który przez 12 lat przebywał we Francji i towarzysząc wojsku, wyspecjalizował się jako murarz w naprawach warowni i fortyfikacji. Zanim wyjechał do Francji, ożenił się i w Skawinkach pozostawił żonę i dwuletniego syna Mikołaja.
Na zamku powierzono mu nadzór nad pracami murarskimi przy naprawie baszt i murów obronnych oraz podpiwniczeń i tajnych przejść. Pracując na zamku, często bywał w domu w Skawinkach, a żona cieszyła się że powrócił cały i zdrowy po tylu latach i że dziecko odzyskało ojca. Mężowi - zajętemu pilnymi robotami na zamku - uszczęśliwiona żona posyłała przez Mikołaja posiłki. Czternastoletni synek z ochotą wędrował z żywnością na zamek i jako młody ciekawski chłopak o wszystko wypytywał, wszystko bowiem go interesowało. Ojciec był zeń bardzo dumny i niejedno mu tłumaczył i objaśniał. Mikołaj przeżył 103 lata i jako starzec był bardzo szanowany i często zapraszany na wesela i różne przyjęcia. A oto co na nich opowiadał:
Będąc młodym chłopcem często biegałem ze Skawinek do zamku w Lanc-koronie nosząc ojcu pożywienie. Przy tej okazji zauważyłem, że wielu ludzi przy pracy wykonywało polecenia mojego ojca, mimo że mówili nieraz innymi językami.
Pewnego razu w czasie godziny obiadowej powiedział mój ojciec do wysokiego jak topola murarza:
- Józefie Doboszu, weź mojego Mikołaja do wiadra i pokaż mu część składowych piwnic pod zamkiem, ale nie wpuszczaj go do piwnic więźniów.
Polecenie ojca zostało natychmiast wykonane. Na środku dużej zamkowej kuchni była wielka studnia z masywnym wałem, do którego po jednej stronie było przymocowane wielkie dębowe koło, a po drugiej korba. Na wale były nawinięte grube łańcuchy zaznaczone w dwóch miejscach dużymi czerwonymi znakami. Jak się później dowiedziałem, znaki informowały, jak głęboko trzeba wpuścić wiadro, by się znalazło na wysokości wejścia do podziemi. Żołnierze pracujący jako murarze w lot chwycili za korbę, inni za dębowe koło i po chwili u wylotu studni pojawiło się wielkie wiadro. Józef Dobosz, chłop słusznego wzrostu, wszedł do wiadra, a ojciec złapał mnie w pół i podał Doboszowi tak, że tylko nogami dotykałem wiadra. Trzymając mnie mocno jedną ręką, drugą złapał za łańcuch. Wiadro drgnęło i zaczęło opuszczać się w dół; trochę osłabłem ze strachu i braku oddechu, bo Dobosz mnie mocno trzymał, ale on uspokajał słowami "nie bój się". Nagle wiadro się zatrzymało, a gdy oczy przywykły do półmroku, zobaczyłem w boku studni wnękę, w niej zaś żelazne drzwi z kluczem wielkości świdra. Siłacz jedną ręką uchwcił za klucz, przekręcił go, a potem pchnął ogromne drzwi, które otwarły się z łoskotem. Powiało stęchłym powietrzem. Wiadro     = stało równo z progiem, na który    / wysadził mnie Dobosz zalecając odwagę. Następnie sam wyszedł z wiadra i trzymając mnie jedną    | ręką, drugą szukał czegoś we fra-    j&c2; mudze przy drzwiach. Po chwili    ~[ zapalił coś w rodzaju świecy we flaszce i powiedział:
- Słuchaj, Mikołaju, tu jest    -właśnie wejście do dolnych podziemi zamkowych.
Poświecił wyżej i zobaczyłem, że znajdujemy się w wielkiej sklepionej piwnicy, gdzie
prócz ścian nie było nic z wyjątkiem wielkiego chyba marmurowego stołu pośrodku. Na nim leżał wielki półmisek, w którym stał ptak przypominający łabędzia z młodymi. Wszystko to było zrobione ze złota lub mosiądzu. Podeszliśmy do innych żelaznych drzwi i po ich otwarciu Dobosz wprowadził mnie do drugiej wielkiej piwnicy, w której po obu stronach były niskie podmurowania podobne do legarów, a na nich rzędem - tak z jednej, jak z drugiej strony - leżały wielkie beczki. Potem przeszliśmy do trzeciej piwnicy, w której również znajdowały się beczki, ale o połowę mniejsze niż w piwnicy poprzedniej. Niektóre beczki leżały poukładane pod ścianami, a inne były rozrzucone. Dobosz podniósł światło i przyświecił na jedną ścianę, gdzie zobaczyłem czarne drzwi, na których widniała czaszka ludzka oraz piszczele ułożone na krzyż, i powiedział z poważną miną:
- Tam nie dla dzieci, za tymi drzwiami znajduje się sala tortur, a z niej prowadzą dwa wyjścia, jedno do tajnego przejścia, a drugie do dalszych piwnic więziennych. Ktokolwiek dostał się do tych drzwi, nie wychodził już żywy, oprócz kata i jego pomocników. Tylko ci, którzy szli tajnym przejściem i znali jego sekrety, mogli ratować swoje życie. Chcę ci, Mikołaju, także powiedzieć, że główna wieża obronna ma jeszcze swoje osobne podziemia i piwnice, które ci przy okazji może pokażę. A teraz wracajmy, boby się mogli z naszego powodu niecierpliwić".
Dobosz wsadził mnie na progu studni do wiadra, zgasił światło, zamknął drzwi i stanął w wiadrze obok mnie. Znów mocno mnie chwycił i jakimś żelazem trzykrotnie uderzył w łańcuch. Wiadro zaczęło się unosić i wkrótce zobaczyliśmy zamkową kuchnię. Tutaj ojciec odebrał mnie z rąk siłacza Dobosza ku mojej wielkiej radości. Przeżyte wtedy wrażenia były tak wielkie, że pamiętam wszystko w szczegółach mimo podeszłego wieku.
Tak zwykle kończył swe opowiadanie Mikołaj Pękała ze Skawinek. Zapamiętał je i powtarzał w zimowe wieczory Józef Korzeniowski, gajowy lasów lanckorońskich.

 
Opracował Fryderyk Koźbiał na podstawie ustnych przekazów i starych rękopisów Teofila Korzeniowskiego.
 
Opowieść o karach i wyrokach
Chciałem wam dziś opowiedzieć, jak dawniej praw w naszej rodzonej Lanckoronie przestrzegano i jak wyroki win mniejszych i większych stanowiono i wykonywano.
Pisane one były ściśle w księgi zamkowe skórą oprawne, miały na sobie mosiężne, miedziane lub nawet srebrne klamry. To, co starosta nakazał, prawem było i dalibóg, gdy prawym był sługą bożym, a nie okrutnym i chciwym, bo i takich nasza ziemia nosiła. Wykonywanie kar było czwora-kie: sala tortur istniała w podziemiach zamkowych, a nikt poza katem czy jego pomocnikami żyw stamtąd nie wyszedł, sądy otwarte, śmierci, szubienica czy też ścięcie odbywały się jedne na granicy paleckiej, drugie na granicy izdebnickiej z tego tytułu "piekiełkami" zwanej. Pomniejsze przewinienia karane były rózgami, które to kary wykonywano na krzyżowych drogach, "bajorami" dzisiaj zwanych. W kolejny wieczór tak zaczął opowieść gajowy:
Moi mili, nasza tak dziś spokojna i praworządna mieścina niegdyś niegodziwych nad miarę ludzi nosiła. W stronie Palczy pod Lanckoroną mieszkał niejaki Sebastyjan L. chłop surowy i mściwy, milczący i zamknięty w sobie, żonę znów miał kobietę uczciwą, ale on się z nią pogodzić nie mógł, pracować mu się bardzo nie chciało, a kraść nie zawsze było co i tem bardziej, że mu żona przeszkadzała w jego podłych postępkach. Pewnego razu poszedł do dworu do Skawinek, aby mu tamtejszy dzierżawca Fuks zborgo-wał zboża na przednówek, a gdy mu ten odmówił jako człowiekowi niewypłacalnemu, odchodząc pogroził w stronę dworu i pogróżki w kilka dni dokonał. Poszedł w nocy potokami na folwark zwany Pustkami i zapalił naraz stajnie i stodoły. Służba w małej liczbie nie mogła ochłonąć z przerażenia, że w tak ustronnym miejscu palą się naraz stodoły i stajnie, zamiast bydło ratować i ze stajni wyganiać, gonili wokoło ognia. Bydło u żłobów popadało w strasznych męczarniach w liczbie czterdziestu, a zbrodniarz jak lis chyłkiem uciekł do domu.
 
Legenda o powstaniu kościółka świętego Krzyża w Lanckoronie
Działo się to w początkach XIV w., kiedy Lanckoroną istniała już jako osada, a na jej górze stał zamek groźny i obronny, a w nim wojsko załogowe. Cała góra koło fortecy była naga, nie-zalesiona, a tylko dołami u stóp wzgórza i całym pasmem w stronę Izdebni-ka, Jastrzębi i Brodów rosły potężne lasy jodłowe, cisowe i dębowe pełne wszelakiej zwierzyny.
Ówczesny pan na zamku i komendant fortecy Marcin Orzeszko był człowiekiem wielkiego serca, bardzo pobożnym i tkliwym na nędzę swojej i okolicznej ludności. Był żonaty, a żona jego nosiła imię Honorata. Po dłuższym bogobojnym pożyciu przyszła im na świat córeczka Apolonia, do której została przyjęta piastunka Kasia pochodząca z Jastrzębca.
Pewnego dnia w maju, gdy dziecko miało już dwa lata, państwo Orzesz-kowie wybrali się powozem zaprzężonym w cztery siwosze do Krakowa dla załatwienia swoich różnych ważnych spraw. W asyście towarzyszyło im jako straż przyboczna dwudziestu dobrze uzbrojonych ludzi. Odjeżdżając, przypomnieli piastunce Kasi i zarządcy zamkowemu staremu Janowi Zarębie o ich obowiązkach, a następnie kłusem opuścili fortecę.
W drodze do Krakowa pani Honorata była bardzo niespokojna i zwierzyła się mężowi, że już trzy dni z rzędu miała dziwne sny, w których zawsze występowała ich córeczka. Pan Marcin Orzeszko, człowiek ufny i pobożny, uspokajał żonę mówiąc:
- Bóg wiara, sen mara, cóżby się mogło stać naszej dziecinie w tak silnym zamku i przy tak zaufanej służbie i załodze?
Ufność męża uspokoiła panią Honoratę. Po przyjeździe do Krakowa uzgodnili wracać z powrotem do Lanckorony w dniu następnym zaraz po południu, tak aby jeszcze za dnia być w zamku.
Kiedy komendant wyjeżdżał z twierdzy wraz z żoną w kierunku Krakowa, od strony Suchej ku Lanckoronie ciągnęła banda Cyganów trzymając na smyczach kilka niedźwiedzi. Grając na piszczałkach, skrzypkach i bębnach robili wielki hałas. Po przybyciu do Lanckorony i krótkim odpoczynku rozpoczęli na rynku popisy żongler-skie tańce i zabawy z niedźwiedziami. Wtedy właśnie na rynek przybyła zamkowa pokojówka z kilkoma żołnierzami. Po zrobieniu sprawunków wrócili pośpiesznie do zamku, opowiadając pozostałej załodze niestworzone rzeczy o cygańskich sztuczkach, wróżbach i niedźwiedziach, sugerując, że dobrze by było tych Cyganów na dziedziniec zamkowy sprowadzić, aby wszyscy mieli sposobność napatrzeć się im do woli. Sugestia spodobała się całej załodze i kto żyw poszedł prosić pana Zarębę o wpuszczenie Cyganów do zamku, ale ów pod żadnym pozorem nie chciał się na to zgodzić. Jednak gdy Cyganie zaczęli się powoli do zamku zbliżać, a załoga swe prośby usilnie ponawiać, dobroduszny Zaręba kazał spuścić most zwodzony i pojedynczo odliczając Cyganów wpuścił ich na podwórze zamkowe.
Piastunka Kasia nie wiedząc o niczym bawiła dziecię w wielkiej framudze otwartego okna basztowego. Dziecię trzymało w rączkach duże czerwone jabłko. Do framugi okiennej przystawał wielki dębowy stół, a obok niego stała pleciona kolebka, ulubione posłanie Apolonii. Na dole pod oknem basztowym, między murem zamkowym a spadzistym stokiem otoczonym rowem obronnym zalanym wodą, biegła wąska ścieżka, którą tylko dwóch wartowników nocnych zwanych halabardnikami mogło przejść w parze. Naraz na dziedzińcu zamkowym wszczął się nieopisany hałas i prócz warty na zwodzonym moście wszyscy rzucili się oglądać występy Cyganów i niedźwiedzi. Kasia usłyszała jakieś dzikie okrzyki i ryk niedźwiedzi, ale mimo ogromnego zdziwienia i zaciekawienia nie opuściła dziecka ani komnaty, w której się znajdowała, postanawiając dowiedzieć się o przyczynie usłyszanego hałasu później. Nagle jak burza wpadła do komnaty pokojówka Aniela, wołając:
- Kasiu, chodź prędko, mamy widowisko, Cygani i niedźwiedzie są na dziedzińcu zamkowym. Cyganki dobrze wróżą, nawet staremu Zarębie przepowiedziały, że się wnet ożeni! Kasia, nie mogąc się oprzeć ciekawości i naleganiom Anieli, zdecydowała się iść popatrzeć na to widowisko na dziedzińcu zamkowym, zabierając Poicie na ręce, ale Aniela poradziła, by dziecka ze sobą nie brała, bo je mogą Cyganie ukraść i może jej przeszkadzać przy wróżeniu z ręki. Powiedziała:
- Zostaw dziecię na chwilę w kolebce, a śpiesz się, bo Zaręba mówił, że Cyganie muszą niedługo zamek opuścić.
Kasia zapomniawszy, że okno zostawiła otwarte, położyła dziecię w kolebce i nic złego nie przeczuwając, wybiegła na dziedziniec zamkowy. Właśnie jedna z Cyganek zbliżyła się do Kasi, chcąc jej wróżyć z ręki, gdy zdawało się jej, że usłyszała rozpaczliwy krzyk Apolonii. Wydarłszy dłoń z rąk Cyganki, pobiegła ile sił w nogach do komnaty dziecka, od której klucze trzymała w kieszeni. Usłyszany krzyk nie był ułudą, lecz ostatnim rozpaczliwym krzykiem ginącego dziecka. Po odejściu Kasi zostawiona Apolonia wyczołgała się z kolebki na dębowy stół, który jednym bokiem dotykał framugi okiennej, gdzie pozostało czerwone jabłko. Ze stołu bez większego trudu dziecię dostało się do okna, ulubionego miejsca zabaw, i bawiąc się jabłkiem, straciło równowagę i runęło przez otwarte okno w przepaść. Kiedy Kasia z bijącym sercem przekręciła klucz w zamku i wbiegła do komnaty, zobaczyła pustą kolebkę i otwarte okno. Mając jeszcze w uszach krzyk dziecka, domyśliła się straszliwych skutków pozostawienia otwartego okna. Wiedziała dobrze, że tego, kto tam wypadnie, czeka niechybna śmierć. Skamieniała ze strachu i zmartwienia, nie mogła spojrzeć w przepaść. Po chwili dochodząc do siebie, mimo ogromnego nieszczęścia, zaczęła myśleć, jak choćby czasowo uratować swoje młode życie.
Kasia bez długiego namysłu ubrała się, szybko opuściła komnatę i nie mówiąc nic nikomu, dostała się na dziedziniec zamkowy, gdzie most był jeszcze opuszczony, gdyż Cyganie kończyli swoje popisy. Wykorzystując sytuację, Kasia zbliżyła się do strzegących mostu halabardników i pozdrowiwszy ich, wolnym krokiem opuściła zamek. Gdy dotarła do pierwszych drzew cisowych, zaczęła biec z całej siły, krzycząc ze strachu wniebogłosy.
Tymczasem Pan Zaręba polecił zakończyć występy, odliczył przy bramie Cyganów i nakazał im opuścić zamek, co też zaraz uczynili. W zamku zapanował normalny spokój i tylko zaufany Zaręba tu i ówdzie wścibiał swoje ciekawe oczy.
A zapłakana Kasia biegła prosto w stronę Jastrzębca, gdzie mieszkała jej ciotka. Gdy znajdowała się w połowie drogi w miejscu, gdzie dzisiaj stoi kościółek Świętego Krzyża, usłyszała za sobą głos wołający ją po imieniu. Jeszcze bardziej przerażona przyśpieszyła biegu myśląc, że w zamku odkryli śmierć dziecka i ruszyli w pościg. Ale głos ciągle się powtarzał. Nie mogąc już biec, upadła i znów usłyszała głos: "Wracaj, dziecko, do mnie". Zdumiona Kasia nie wiedziała, co czynić, ale głos się powtórzył: "Wracaj, dziecino, do mnie, ja otrę twoje łzy". Głos wołającego był tak miły i przyjazny, że Kasia zaczęła wracać i po chwili zobaczyła siedzącego siwiuteńkiego staruszka pod wielkim cisem rozgałęzionym na kształt krzyża. Kasia szlochając padła przed nim na kolana, a starzec dźwignął się, położył rękę na jej głowie i odezwał się w te słowa:
Czemuż tak rozpaczliwie płaczesz,dziecino?
Kasię te słowa napełniły dziwną ufnością. Podniosła swe wielkie niebieskie oczy i wyciągając błagalnie ręce do staruszka, wyznała mu wszystko jak przed niechybną śmiercią. Staruszek słuchał w milczeniu, a gdy skończyła, rzekł:
- Dziecino, głęboka jest twa wiara, Bóg wysłuchał modlitwy twojej i wielka spotkała cię nagroda, biegnij prędko do zamku i nie mówiąc nic nikomu, idź prosto pod to okno nad przepaścią, przez które wypadło dziecię. Ono tam siedzi na trawie całe i zdrowe i bawi się tym jabłkiem, które rano od ciebie dostało. A kiedy będziesz szczęśliwa, nie zapomnij o tym rozgałęzionym cisie, bo to jest mój przybyteki w tym miejscu wasze pokolenia będą się modliły i składały hołd Bogu.
Kasia po wysłuchaniu tych słów padła znowu na kolana przed starcem, chcąc mu podziękować, lecz ten nie pozwolił ucałować sobie ani rąk, ani nóg tylko wyciągnął dłoń w stronę zamku i rzekł:
- Tam się śpiesz. Jam z tobą.
Kasia jeszcze raz spojrzała na ogromnego cisa, chcąc go dobrze zapamiętać, i z ufnym sercem pobiegła ku fortecy, skąd tak niedawno uciekła.
Po przybyciu na miejsce zastała jeszcze most niepodniesiony, bo kilku członków załogi zamku wyszło wraz z Cyganami na rynek. Nic nikomu nie mówiąc, dziewczyna po przejściu wartowni pobiegła prosto pod okno drugiej baszty, gdzie nad przepaścią na wąskim trawniku bawiła się jabłuszkiem mała Pola. Dziecko całe i zdrowe na widok piastunki wyciągnęło do niej pieszczotliwie rączęta. Kasia widząc cud, rzuciła się na kolana i gorąco się modliła. Z modlitwy tej ocknęła się dopiero wtedy, gdy poczuła czyjąś rękę na ramieniu, a odwracając się, zobaczyła Jana Zarębę, który ją już od dłuższego czasu obserwował. Na pytanie, gdzie była i dlaczego się tu z dzieckiem znajduje, odparła:
- Bóg jest wielki. Darujcie, Janie, ale dzisiaj nie jestem w stanie wam nic opowiedzieć.
Jan po namyśle rzekł:
-No to, Kasiu, nakarm dziecię, bo z kuchni doniesiono mi, że ani dla siebie, ani dla dziecka nie brałaś pożywienia, więc musi być bardzo głodne.
Kasia nic nie powiedziała, podniosła Połę z ziemi i pobiegła do kuchni, następnie uśpiła dziecko, klęcząc i modląc się przy kolebce do białego rana.
Na drugi dzień słoneczko było już wysoko na niebie, a Kasia półsnem jeszcze przy kolebce się modliła. Pan Zaręba prawie całą noc nie spał, obchodził baszty i podziemia oraz prowadził rozmowy z halabardnikami. Późnym już rankiem zapukał do komnaty dziecinnej i wchodząc, zastał Kasię klęczącą przy kolebce Poli, zmęczoną przeżyciami. Delikatnie zapytał:
- Gdzieżeś wczoraj wychodziła
z zamku? Po wyjściu Cyganów, mając
złe przeczucia, przeszukałem cały zamek, nie znajdując ciebie ani Poli. Wartownicy mówili mi, że wychodziłaś z zamku bez dziecka, potem znalazłem cię z dzieckiem pod basztą, więc powiedz mi, gdzie Pola mogła być podczas twojej nieobecności w zamku?
Kasia zaskoczona tak nagłym pytaniem cała się zarumieniła i zmieszała, ale widząc, że pan Zaręba nie ustąpi i ma dowody jej nieobecności, padła przed nim na kolana i wyznała wszystko, prosząc o zachowanie tajemnicy.
Zaręba opierając się ciałem o ciężkie szablisko, słuchał wszystkiego w niemym zdziwieniu, a potem podszedł do kolebki i starannie obejrzał śmiejące się dziecię, czy nie ma stłuczeń, następnie uspokoił Kasię mówiąc:
- Tajemnicy dochowam, bo widać w tym palec Boży, a ty przestań szlochać, bo mogą państwo lada chwila nadjechać i miałabyś kłopoty.
Słońce zaczęło powoli schylać się ku zachodowi, gdy po drugiej stronie fosy pojawił się konno uzbrojony rycerz, meldując powrót państwa. Most został natychmiast spuszczony i kareta zaprzężona w siwosze wjechała na dziedziniec.
Pan Zaręba znużonym głosem oświadczył państwu, że nic nowego nie zaszło podczas ich nieobecności.
Zgodnie ze zwyczajem piastunka spała razem z dzieckiem w tej samej komnacie, co matka dziecka, tylko przedzielonej ciężką kotarą. Z początku pani Honorata nie zauważyła u Kasi lękliwej miny i smutnego oblicza. Później Kasia coraz częściej zrywała się w nocy z posłania, lamentując za dzieckiem, które smacznie spało. W inne znów noce zrywała się ze snu nagle i prosiła o przebaczenie i zachowanie tajemnicy lub padała na kolana obok kolebki, dziękując Bogu za ocalenie dziecka. Pani Honorata nie przywiązywała do tego większej wagi myśląc, że Kasię trapiąjakieś sny, ale gdy się to powtarzało, postanowiła ją wybadać. Pewnego dnia przywołała do siebie piastunkę i tak do niej zagadnęła:
- Moja Kasiu, już wszystko wiem, co się stało podczas mojego wyjazdu do Krakowa, jednak żądam twojego potwierdzenia, czy to rzeczywiście prawda. Znasz moją dobroć i włos ci z głowy nie spadnie.
Kasia, znając swoją panią, padła przed nią na kolana i z płaczem wyznała wszystko, co się wtedy zdarzyło. Przy pierwszej okazji pani Honorata opowiedziała całą rzecz mężowi, prosząc, by Kasi przebaczył. Pan Orzesz-ko po głębokim namyśle polecił przywołać dziewczynę i zapytał ją, czy poznałaby w lesie tego cisa, pod którym siedział siwy starzec, co rozkazał jej wracać do fortecy. Kasia zapewniła, że dobrze zapamiętała to drzewo i bez trudu może go wskazać. Postanowiono odszukać owego cisa w dniu następnym. Nazajutrz przed południem państwo Orzeszkowie w asyście Zaręby i kilku ludzi z zamku, prowadzeni przez Kasię z dzieckiem na ręku, udali się na poszukiwanie cisa. Niezbyt daleko od zamku Kasia przystanęła i pewnie wskazała charakterystycznie rozgałęzione drzewo, następnie pod przysięgą zeznała, iż jest to cis, pod którym siedział siwiuteńki staruszek, kiedy polecił jej wrócić do zamku. Pan Orzeszko kazał służbie zaznaczyć to miejsce i na cisie powiesić wielki wizerunek Ukrzyżowanego Chrystusa.
W rok później wycięto wokół cisa kawałek lasu i postawiono drewniany kościółek pod wezwaniem Świętego Krzyża.
Miejsce to, z uwagi na pamięć o opisanym zdarzeniu, otoczono szczególną czcią i wielu ludzi z załogi zamkowej życzyło sobie, aby pochowano ich w tym miejscu. Stąd też dzisiaj część cmentarza przylegająca bezpośrednio do kościółka nosi nazwę starego cmentarza.
Kościółek Świętego Krzyża podczas ciągłych napadów na Lanckoronę został kilkakrotnie spalony, ale zawsze był odbudowywany w tym samym miejscu. Z końcem XIX w. budynek drewniany zastąpiono murowanym krytym gontem, a później dachówką.
Natomiast cis przez setki lat stracił swe grube ramiona, ale pień wysokości 4 m przetrwał do końca XIX stulecia. Wiszący na nim wizerunek Ukrzyżowanego Chrystusa narażony na wiatry i deszcze był w ciągu wieków przez ludność ciągle odnawiany lub wymieniany na nowy. Po wybudowaniu klasztoru i dróżek przez Michała Zebrzydowskiego niektóre pielgrzymki pątników przechodziły na odpusty do Kalwarii przez Lanckoronę i zawsze odwiedzały kościółek, przed którym stal wielki cis z wizerunkiem Ukrzyżowanego. Niektórzy pątnicy, znając historię cisa, wierzyli w jego nadzwyczajne właściwości lecznicze i nożami wycinali po kilka wiór z pnia. Wtedy drzewo zaczęło gwałtownie niknąć i usychać, aż w końcu pozostał tylko pocięty nożami pień. Przed wybudowaniem murowanego kościółka uchwalono, aby resztki pnia cisowego oprawić deskami w kształt krzyża i w ten sposób ocalić go przed całkowitym zniszczeniem przez pątników.
Czy to prawda, czy legenda nie wie nikt, ale w Lanckoronie istnieje krzyż, którego drzewo mogło być świadkiem burzliwej historii miasteczka.

 
Opracował Fryderyk Koibial na podstawie ustnych przekazów podawanych z pokolenia na pokolenie i starego rękopisu Teofila Korzeniowskiego.

Nie masz poprawnie zainstalowanego odtwarzacza flash.
Zainstaluj ze strony http://www.macromedia.com/go/getflashplayer