Nie masz poprawnie zainstalowanego odtwarzacza flash.
Zainstaluj ze strony http://www.macromedia.com/go/getflashplayer

panel+u%BFytkownika
Nie jesteś zalogowany !!!
Nie masz konta
Zarejestruj się »


wyszukaj+na+stronie


 



 

 

 

PARTNERZY



 


informacje+o+stronie
Liczba wizyt:
2 805 005

Ilość odsłon:
5 857 827

Ostatnia aktualizacja:
2016-03-03 08:35:08


0



Valid HTML 4.01 Transitional

Wszystko i dla wszystkich / Napisali o nas / Miasteczko w koronie

Lanckorona to nie tylko wspaniale zachowany średniowieczny układ ulic, brukowany rynek i stojące przy nim drewniane, kryte gontem domy. To również ludzie, którzy ujęci urodą i spokojem tego miejsca porzucili dla niego pobliski, piękny przecież, Kraków.
 
Było to tak: aktor Wojciech Pszoniak wybrał się na urlop do Toskanii we Włoszech. Kto był w Toskanii, ten wie, jak jest tam urokliwie. Po pierwszym krótkim spacerze po okolicy domu, w którym zatrzymali się państwo Pszoniak pan Wojciech powiedział do żony: - Wiesz tu jest tak pięknie. Zupełnie jak u nas w Lanckoronie!

Być może tylko ze zwykłej skromności gospodarze tej maleńkiej małopolskiej miejscowości nie umieszczają Pszoniakowej historii w folderach turystycznych jako zachęty do odwiedzenia Lanckorony. Ci, którzy do niej dotrą, piszą tak: "Tak pięknej miejscowości jeszcze nie widziałam, a zjeździłam całą Europę"; "Zakochaliśmy się w tej mieścinie od pierwszego wejrzenia"; "Brak nam słów, tak tu kapitalnie". Inni którzy poznali Lanckoronę , lepiej, mówią: "Urocza. Magiczna. Niepowtarzalna".
 
Lanckorona ma w sobie coś takiego, że przyciąga ludzi ceniących piękno na co dzień, a nie od święta, ludzi wrażliwych a także tych, którzy ponad wszystko chcą spokoju. W Lanckoronie jest go w nadmiarze. Aby spacerować, odpoczywać i napawać się widokami cudownych, ponadstuletnich domków w przepięknym rynku, który zachował ten sam od setek lat kształt, przyjeżdża się do Lanckorony na weekend albo na lata. A nawet na całe życie. Z Krakowa do Lanckorony nie jedzie się dłużej niż 40 minut. Całkiem spora grupa osób na co dzień pracuje pod Wawelem, a mieszka u podnóża Góry Lanckorońskiej. Jeszcze więcej jest krakowian, którzy w Lanckoronie w małych domach, porozrzucanych po pagórkowatej okolicy, spędzają każdy weekend. Z tych pagórków mają nieziemskie widoki, niektórzy w niemal dosłownym tego słowa znaczeniu, bo na południowy zachód od Lanckorony rozciąga się panorama z charakterystycznymi wieżami kościoła w Kalwarii Zebrzydowskiej. W Lanckoronie mieszkają też niekrakowianie, ale to nie oni nadają ton życia temu miejscu. Używając ludowego nazewnictwa, najbardziej widoczne są krzoki" - osoby, które kiedyś tu przyjechały i się przyjęły. Pniokami" nazywa się ludność rdzennie lanckorońską. Jest jeszcze kategoria ptoków", czyli osób spędzających w Lanckoronie weekendy i wakacje. Wójt gminy, energiczna dama z Krakowa Zofia Oszacka, jest, choć nie brzmi to najbardziej elegancko, przykładem najprawdziwszego krzoka". I jak na krzoka" przystało, jest zakochana w swej nowej miejscowości. Przyjezdni rządzili Lanckorona od wieków. Osadę założyli w średniowieczu koloniści niemieccy, co na polskich ziemiach w XII i XIII wieku nie było niczym nadzwyczajnym. Z czasem osada przemieniła się w grodek. Murowany" król Kazimierz Wielki w miejscu gródka wybudował otoczony fosą zamek. Przy okazji po raz pierwszy, w 1359 roku, pojawiła się nazwa Lanckorona. Samo słowo to zbitka niemieckich wyrazów: land"
- kraj i krone" - korona. Lanckorona to więc Korona kraju", a kraj w tym wypadku to po prostu okolica. W roku 1366 miejscowość otrzymała status miasta. Miasto na tyle dobrze się rozwijało, że zaczęto się go obawiać
- co dziś wydaje się nieprawdopodobne - w samym Krakowie. Świadczy o tym pewien tekst Stefana Batorego, w którym król poleca mieszczanom Kazimierza, najmodniejszej dziś dzielnicy Krakowa, zaprzestania szykan wobec lanckorońskich kupców podróżujących z towarem do stolicy. Okres prosperity trwał do czasu potopu szwedzkiego w XVII wieku. Czego nie rozgrabili Szwedzi do spółki z miejscową, chłopską partyzantką, zdewastował w 1717 roku pożar. Austriacki pierwszy rozbiór dopełnił reszty. I choć w XIX wieku sąsiednie miejscowości, np. Wadowice i Kalwaria Zebrzydowska, podnosiły się z upadku, to Lanckoronę szczęście opuściło.

Powód był prosty: omijały ją budowane szlaki komunikacyjne. Na dodatek, w 1869 roku jeszcze jeden pożar zdewastował miasto. Pożar był nie tylko wielki, ale i ważny, bo po nim nastąpiła zasadnicza odbudowa miasta, głównie rynku. Efekty tej odbudowy podziwiamy do dziś.
Rynek jest kwadratowy, wznoszący się ku górze od południa na północ. Otoczony jest ścisłą zabudową domów parterowych, drewnianych, z podmurówkami i tzw. podcieniami. Najładniejsza i najbardziej zadbana jest bodaj ściana wschodnia. Od rosnących lip można powiedzieć, że to strona lipowa. Górna, północna strona, z najefektowniejszymi przedprożami, to prawdziwy dystrykt finansowy. Są tu aż dwa banki, a do tego biblioteka i pub z przyjaznymi dla mieszkańców większych miast cenami. Na zachodzie, moża by powiedzieć, bez zmian.

Dużo tu pięknych, ale zaniedbanych domostw. Strona południowa, gdyby nie budynek skromnego lanckorońskiego muzeum, nie zasługiwałaby na większą uwagę. Poza jeszcze jednym wyjątkiem. W domu pod numerem 132 przed 63 laty przyszli na świat znani bliźniacy. Kinomani pamiętają braci Wacława i Lesława Janickich jako Kiemliczów z ekranizacji Potopu", teatromani jako genialną parę z teatru Tadeusza Kantora Cricot 2. Tak dobrze zachowany rynek, z charakterystycznymi elementami domów, jak przejazdowe sienie, drewniane bramy i bardzo strome, kryte gontem dachy, trudno znaleźć gdziekolwiek indziej w Polsce. Dziś, jeśli ktoś chce zbudować dom w Lanckoronie albo w jej okolicy, zobowiązany jest do przedstawienia projektu z takim właśnie dachem. Nie wszystkim się to podoba, ale władze konserwatorskie są nieubłagane.
Może dzięki temu za jakiś czas nie zamienią się w ruiny, jak to stało się ze średniowiecznym zamkiem. Kiedyś górował on nad okolicą. Był chlubą grodu i miejscem prawdziwie obronnym. Jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku przeszedł poważny remont, w którym znaczący udział mieli francuscy wojskowi. Posiadał tajne przejścia, którymi prawdopodobnie można było wędrować aż do położonego w dole rynku. Najbardziej spektakularna obrona miata miejsce w czasach konfederacji barskiej. W latach 1768--71 konfederaci, m.in. pod wodzą uwiecznionego przez Juliusza Słowackiego w poemacie Maurycego Beniowskiego, mężnie i z powodzeniem stawiali czoła wojskom rosyjskim. Za pierwszym razem zamku nie zdobyło nawet 1800 żołnierzy dowodzonych przez słynnego generała rosyjskiego Suworowa. Poddał się dopiero w 1772 roku. Potem przyszedł destrukcyjny czas zaboru austriackiego. Zamek stał się niczyj. Czyli stał się wszystkich, głównie okolicznego chłopstwa, które dla swoich celów, a także dla budowy neogotyckiego kościoła pw. św. Krzyża, rozbierało ten gmach przez lata. I tak niszczał, chętnie malowany, rysowany przez artystów-romantyków, bo dla nich - jak wiadomo - najbardziej romantyczne były ruiny. Bardzo ciekawe rysunki zrobił tu 16-letni Stanisław Wyspiański. Jako bodaj jedyny szkicował rozpadającą się budowlę od wewnątrz. Nie przypuszczał zapewne, że rysunki te posłużą kiedyś do celów dokumentacyjnych. Od kilku lat bowiem fanatycy miejscowości skupieni w Towarzystwie Przyjaciół Lanc-korony po kawałku odrestaurowują, co się da. Od niedawna w baszcie południowo-wschodniej można zwiedzać częściowo odrestaurowaną komnatę. Co poza tym zostało z dumnej kiedyś budowli? Fragmenty baszt, połączone od południowej strony murem obronnym, dziedzińca i fundamenty zwodzonego mostu. Jeśli zamek, a właściwie jego ruiny, nie dadzą zwiedzającym wystarczającej satysfakcji, dadzą ją widoki, które roztaczają się z zamkowej góry. Punkty widokowe są dwa. Od strony zachodniej rozciąga się panorama na Kalwarię Zebrzydowską, klasztor, dróżki kalwaryjskie oraz urzekające pasmo góry Leskowiec. Od strony wschodniej majaczy Kraków, ale najlepiej widoczne są podkrakowskie Bielany z kamedulskim klasztorem na czele. Nie tylko z tej góry, ale i z niższych części Lanckorony, przy lepszej pogodzie widać też niepowtarzalne rysy Babiej Góry i Tatr. Nie trzeba być fanatycznie zakochanym w Lanckoronie krakowianinem, aby dojść do wniosku, że lepszych pejzaży w Polsce chyba nie ma.
Tym jednak, co najmocniej przyciąga turystów i pragnących prawdziwego wypoczynku letników, jest powietrze, przyroda i cudowne miejsca spacerowe. Te najlepsze są w okolicach ruin zamku. Najczęściej wybieranym wariantem jest spacer trasami okrążającymi górę: Aleją Zakochanych i Aleją Cichych Szeptów. Spacer zajmuje ok. godziny. Są też trasy Na Moczary i Do Dawnego Kamieniołomu. Wszystkie biegną przez urozmaicony las, głównie wśród sosen, jodeł i modrzewi, ale z wyrastającymi tu i ówdzie dębami, bukami, grabami. Trasy mają altanki i miejsca biwakowe. Sąsiadujące z nimi paśniki sugerują, że w lesie nie brak zwierząt. Prawie wszystkie szlaki kończą się w rynku. Jedną z najmocniejszych stron dzisiejszej Lanckorony jest PR. Taka specjalna komórka zajmująca się dbaniem o wizerunek miejscowości nie powstała jednak przy gminnym urzędzie. Bezinteresownie zajęli się PR-em, choć sami o tym nie wiedzieli, artyści, aktorzy, ludzie show-biznesu, politycy, jednym słowem: towarzystwo. Początek mody na Lanckoronę sięga lat 20. ubiegłego wieku. Tak się złożyło, że po trudach wojowania zamieszkali tu wojskowi blisko związani z marszałkiem Piłsudskim. Postawiono na turystykę i wypoczynek. Jak grzyby po deszczu na zboczach Góry Lanckoroń-skiej wyrosły pensjonaty, kwatery prywatne, 3 baseny (!) i korty tenisowe. Jeden z pamiętających tamte czasy pensjonatów wciąż przyjmuje gości. To dwupiętrowa, drewniana, zbudowana w klasycznym stylu zakopiańskim, ukryta w zieleni i cieniu górskiego zbocza Willa Tadeusz Tadeusza Lorenza. Tu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się w lata międzywojenne. Meble w pokojach, werandy, stoły, kuchnia z ogromnym piecem kuchennym, w którym pali się drewnem, a na blasze pyrka rosół, w brytfannie lekko bulgocze sos, w którym zanurzone są zawijane zrazy, to wszystko jest naprawdę. I najważniejsze: pan Tadeusz, osiemdziesięcioparoletni gospodarz, który jakby od niechcenia opowiada
o czasach, gdy przemieszkiwał tu Karol Wojtyła, któremu mama Lorenzowa prasowała ubranie. (- Bo on biedny był i sierota - mówi pan Tadeusz). Po wojnie run miastowych, głównie z Krakowa, na dobre zaczął się w latach 60. W latach 70. była to już prawdziwa inwazja. Domy kupowali, wynajmowali lub budowali m.in. Wajda, Kucówna, Hanuszkiewicz, Radziwiłowicz, wspomniani Pszoniakowie, wreszcie dwaj najwięksi lanckoronowicze": Kazimierz Wiśniak i Marek Grechuta. Ten pierwszy, wybitny scenograf, bierze udział w każdej tutejszej społecznej lub kulturalnej inicjatywie. Co kwartał w wydawanym przez Towarzystwo Przyjaciół Lanckorony piśmie Kurier Lanckoroński"
zamieszcza teksty, a przede wszystkim rysunki. Marek Grechuta z kolei rozsławił Lanckoronę, lansując utwór... Lanckorona". W piosence Grechuta śpiewa: Stroma uliczka wiedzie do piekarni / stygnie na półkach zwyciężona gleba / Młoda piekarka sypie dla ptaszarni / pachnące ziarno w kształcie grudek chleba". I co się stało? Od tego czasu odwiedzający Lanckoronę turyści i letnicy bardziej niż o gotycki kościół pytają o Grechutową piekarnię. I znajdują. Bo tu wszyscy wszystkich znają, wszędzie jest blisko, a przede wszystkim piekarnia jest prawdziwa. Ma stuletni piec chlebowy i piecze pachnące bułki i chleby.
Do Lanckorony wciąż przybywają nowi mieszkańcy.
Na zboczu góry, miejsce po dawnym ośrodku wczasowym zamierza rewitalizować była Miss Świata Aneta Kręglicka, ciągną tu już nie tylko z Krakowa czy Warszawy, ale też z Holandii i Anglii. Lanckorona doprawdy przyciąga ludzi wrażliwych. Wszyscy, nawet jeśli na co dzień nie mieszkają w Lanckoronie, to zjawiają się tu w czerwcu, podczas szaleńczej, połączonej z jarmarkiem nocy świętojańskiej, i w grudniu - na wyborach Anioła Lanckorony. O gości pani wójt jest więc spokojna. Żeby im się jednak jeszcze lepiej tu przebywało, zakłada z sąsiadami winnice. Nasłonecznienie jest tu tak dobre, że i wino być może nie będzie gorsze niż w Toskanii. Jak oceni je być może Wojciech Pszoniak.
 
Tekst pochodzi z artykułu "Miasteczko w koronie" wrześniowego numeru czasopisma VOYAGE.
red. Marek Stremecki